Wśród gości weselnych poruszenie już minęło, nawet ciocie nie są już zniesmaczone. Spoglądają raczej z zaciekawieniem, co zważywszy na ich wiek może skończyć się nieprzyjemnie dla ich ciała lub co gorsza dla naszej psychiki. Już nawet państwo młodzi się przyzwyczaili i ze śmiechem komentują całą sytuację.
O co chodzi? O nagość drużbów i druhen. A w zasadzie nie nagość a eksperyment. Bo jak inaczej nazwać wejście na salę taneczną „ubranym” jedynie w malunki znakomitych malarzy ciała? Nie po to by wywołać skandal, lecz po to, by wykazać się oryginalnością i polotem myśli. Malunek może przybrać różną formę, najlepszy garnitur Armaniego i suknia Lisa Ferrera nie zrobi takiego wrażenia. To jest efekt bodypainting!
Gdyby ta forma sztuki była dostępna na początku lat 20. jej propagatorem byliby niewątpliwie Andy Warhol lub Stanisław Przybyszewski. Uznaliby, że skoro w kulturach afrykańskich i polinezyjskich nagość jest uznawana za coś naturalnego, a człowiek urodził się piękny to taki też powinien się pokazywać. Nieważne czy jest to ulica pełna ludzi, dom pełen przyjaciół czy wesele pełne rodziny. Ważny jest efekt – robić to co lubisz, tak jak lubisz.